statystyka
niedziela, 07 lutego 2010
Wino zawiera siarczyny.

Prawie każde wino zawiera siarczyny. Co to tak naprawdę znaczy?

Generalnie, dla normalnej, zdrowej osoby to znaczy tyle, że jak powącha wino to dosyć śmierdzi, a na drugi dzień ma się kaca i łeb boli, a jakże. Niby nie ma badań potwierdzających powodowanie przez siarczyny bólu głowy, ale traf chciał że dosyć się na tym znam i po porządnym winie wstaję na drugi dzień lekko jak skowronek, a po zwykłym to ten.. niezbyt. Zresztą spróbujcie i dajcie znak jak coś. Siarczyny wydłużają przydatność do spożycia i powstrzymują rozwój bakterii.

Jest też drugie dno siarkowanego wina. Problem zaczyna się, kiedy mamy alergię na siarczyny i nasz organizm nie ma wystarczającej ilości potrzebnych enzymów by je rozłożyć. Uczulenie to objawia się występowaniem podrażnień okolic przełyku, w konsekwencji doprowadzając do napadów kaszlu i charakterystycznych dla astmy trudności w oddychaniu. Wtedy naprawdę uważajcie. Ponadto, siarczyny mogą być wyzwalaczem różnych alergii i reakcji astmatycznych.  Zresztą nawet jak to brzmi- siarczyny- fuj. Jak pierd trochę. Niby nie ma powodów do nerwów ale ta linijka na każdym winie jakie biorę do ręki mnie naprawdę denerwuje.

Ale dostać wino, które nie jest siarkowane jest naprawdę ciężko. Są oczywiście rózne ilości, w jakich są dodawane:) Ale tej informacji nie umieszczają na etykiecie, więc nie będę pisać bo wiedza taka jest praktycznie bezużyteczna. Siarczyny są też dodawane do suszonych owoców (sprawdźcie!), sprawdźcie jednak niesiarkowane suszone owoce ze sklepów ekologicznych. Różnica w smaku i wyglądzie jest drastyczna.

Czy są więc w ogóle wina bez siarki?

Jest Bio winiarnia z sieciówki Organic Market, tam można takie dostać. Ceny są wysokie, chociaż można znaleźć dobre winko z małej hiszpańskiej wioski za ok. 40 zł. Peace.

 

wtorek, 05 stycznia 2010
Który certyfikat najlepszy?

1. DEMETER                     

To pionierska organizacja, powstała już w 1924 roku. Demeter jest niemieckim stowarzyszeniem producentów ekologicznych, które jako pierwsze ustanowiło wymagania wobec całego procesu produkcji żywności, a następnie także i kosmetyków naturalnych.

Certyfikat Demeter jest znakiem firmowym dla produktów pochodzących z upraw biologiczno-dynamicznych. Tylko partnerzy, których produkcja jest surowo kontrolowana, mają pozwolenie na używanie znaku DEMETER. Związek DEMETER dokładnie sprawdza, czy dyrektywy z dużą konsekwenją przez nich wypracowane i nałożone na producentów, są przez nich w całym okresie produkcji (od uprawy, aż do przerobu składników) przestrzegane. Do tego dochodzi jeszcze coroczna kontrola państwowa przeprowdzona zgodnie u przepisami Uni Europejskiej dotyczącymi produktów ekologiczych.


Ale DEMETER stawia poprzeczkę dużo wyżej. Domaga się, oprócz rezygnacji z syntetycznych nawozów i chemicznych środków ochrony roślin oraz sztucznych dodatków w przetwórstwie, celowego wspomagania procesów życiowych w ziemi i w pożywieniu. Rolnicy DEMETER są aktywnymi organizatorami wartościowej (lebenswert) przyszłości. Gwarantują oni surowce naturalne z charakterem, których właściwości są pielęgnowane z najwyższą troską. Produkty DEMETER zostaną tylko wówczas dopuszczone do obiegu, jeżeli są naprawdę sensowne i wartościowe. DEMETER zajmuje się głównie artykułami rolniczymi. Asortyment pożywienia z charakterem jest wielostronny: od włoskiego makaronu, przez wegetariańskie mrożonki, produkty mleczne, wino, salami z barana, smarowidła do chleba, cała paleta pożywienia dla niemowląt, pikantne i słodkie chrupki, nagrodzane lody, wzmacniające mleko klaczy, aż do sucharów. Do tego dochodzą jeszcze wysokowartościowe i naturalne kosmetyki dla dużych i małych. I na sam koniec wymienić należy materiały z wełny i bawełny, które również posiadają certyfikaty DEMETER.

Kosmetyki, które posiadają w/w certyfikat to niektóre produkty firm Martina Gebhardt Naturkosmetik i Tautropfen.

Szczerze, nigdzie poza internetem nie spotkałam się z tym certyfikatem, jednak sama idea takiej organizacji jest piękna. Pielęgnowane od samej ziemi, w której kiełkują rośliny do momentu zapakowania produkty brzmią coraz mniej jak utopia.

Wiem, że w USA są podobne organizacje, które wzajemnie wspierają się w rozwijaniu super naturalnego rolnictwa i produkcji. I znowu mi się przypomniało coś, co może zająć nastepne trzy notki:) Ale tak pokrótce, to sprawdźcie działalność idei zwanych GoodGuide, SkinDeep i Eosta. Narazie i tak niestety można z nich korzystać tylko w Stanach.

W kolejnych odcinkach:

2. ECOCERT

3. SOIL ASSOCIATION

4. OEKO TEST (OKO TEST)

5. BDIH "KONTORLIERTE NATURKOSMETIK"

6. COSMEBIO

niedziela, 03 stycznia 2010
Rozgrzewacz na zimne wieczory.

herbata po góralsku

Tak dzisiaj zmarzłam, że normalnie nienormalnie. Jak śnieg za oknem to znaczy, że pora na podrasowaną herbatkę góralską jednym słowem.

Do rzeczy więc, bo piję już trzeci półlitrowy kubek, więc zaraz może mi się zacząć ciężko pisać:)

Co?

Sucza herbatka na zimne dni aka sposób na grypę!

Jak?

1. Rzucamy herbatkę czarną do ulubionego kubka- zazwyczej czarnej nie pijam, więc korzystam ze stojącej w szafce od 4 lat chyba Dilmah Ginger- wiedziałam, że nadejdzie jej dzień:)

2. Dokładamy kopiastą łychę miodu, adekwatną do kubka. Miód ma być naturalny, nie żaden szit z syropu glukozowego.

3. Dolewamy ciutkę rozgrzewacza- początkowo miała być Żołądkowa, ale zauważyłam Malinówkę:) Rum to klasyk.

4. Wkrajamy cieniutko pokrojone pomarańcze- najlepiej twisty ze skórek. Dają posmak słońca:)

5. Wąchamy. Dajemy wszystkim dookoła do powąchania. Pijemy smakując.

Enjoy!

sobota, 02 stycznia 2010
Certyfikaty ekologiczne. Wstęp.

We wstępie obiecałam napisać o certyfikatach. Chciałam być kompetenta więc to nie będzie jedna notka, bo dużo jest do objaśnienia w tym temacie. Dzisiaj wrzucam podstawowe info.  

Wiadomo, że najlepszą metodą jest czytać etykiety i wtedy wszystko wiadomo. Jak się kręci w głowie od samego patrzenia na skład, to na pewno dobrze nie jest. Raczej w 90% przypadków dobrze nie jest,kiedy bierzecie do ręki kosmetyk z półki w drogerii. Wymyślono więc certyfikaty, które pokazują ścieżkę światła w tunelu.

Certyfikaty ekologiczne są o tyle przydatne, że tak naprawdę każda firma może nazwać obojętnie jaką maź do używania na skórze jako "ekologiczną" czy "naturalną" co jest bzdurą kompletną. Nie ma prawnych uregulowań, które musiałyby spełniać kosmetyki aby używać takich nazw. Istnieją natomiast niezależne instytuty certyfikujące, które badają skład kosmetyków i ich pochodzenie a następnie wystawiają swoją ocenę lub po prostu aprobują kosmetyk. Wymogi stawiane przez owe organizacje różnią się między sobą, więc warto wiedzieć co oznacza określony certyfikat.

Sprawa z certyfikatami jest o tyle skomplikowana, że organizacji jest dosyć sporo. Z drugiej strony jeśli kosmetyk ma jakikolwiek certyfikat to  spełnia następujące warunki: 

stosowanie naturalnych surowców mineralnych i roślinnych

• o ile to możliwe stosowanie surowców roślinnych z kontrolowanych upraw ekologicznych

• nie stosowanie surowców z roślin modyfikowanych genetycznie;


nie stosowanie produktów petrochemicznych takich, jak oleje, silikony czy parafiny- zauważcie, że musi być certyfikat, żeby było wiadome, że producent pozbył się tego gówna ze składu;


właściwe traktowanie zwierząt- nie korzystanie z surowców z martwych zwierząt ani nie testowanie produktów na zwierzętach;


rezygnacja z syntetycznych środków zapachowych i barwiących;


• sugerowana jest rezygnacja z syntetycznych konserwantów, a w przypadku ich zastosowania informacja ta musi być wyraźnie zaznaczona na opakowaniu; są też ograniczenia, co do tego, jakie substancje mogą być w tym zakresie ewentualnie stosowane;


• stosowanie ekologicznych opakowań.

W następnym odcinku krótkie zapoznanie z ważniejszymi certyfikatami. Uuf. Przedarłam się przez to zamieszanie.

piątek, 18 grudnia 2009
co dzisiaj jadłam:

Śniadanie: pieczone banany na patelni z miodem

Obiad: ryż basmati z warzywami (kukurydza, oliwki, pomidory suszone)

Kolacja: Bułka z oliwą, suszonymi pomidorami, orzechami w miodzie i kiełkami czerwonej kapusty:)

wow:)

poniedziałek, 14 grudnia 2009
Przetwory i s-ka

1500 m do wynajęcia

Przetwory to cykliczna impreza, raz do roku przed świętami zabierająca nas w alternatywny świat prezentowego szaleństwa. Pierwsze Przetwory organizowane były w Polskich Zakładach Optycznych (ul. Grochowska 316/320)- o ile pamięć mnie nie myli to rzecz działa się w 2007 roku.

Projekt polegał na tym, że przez dwa dni ponad 100 artystów przerabiało odpady, stare meble, używaną odzież, industrialne resztki na obiekty artystyczne i użytkowe. Powstawały kosmiczne gadżety, które karmiły oko i cieszyły ekologiczne serduszka. Wysłużone i zapomniane rzeczy, których los miało przypieczętować bagno wysypiska zostały potraktowane z należnym szacunkiem i bosko reinkarnowane! Plastikowe butelki zostały zamienione w świetlne instalacje, wszelkie odpady w niezliczone ilości kolczyków, torebek, bransoletek i wszystkiego co stale obecne i kochane w naszym życiu.

Przetwory musiały zmienić lokalizację, bo PZO zostały częściowo wyburzone w związku z projektem adaptacji tej postindustrialnej przestrzeni na lofty, w których jak plotka głosi, czuć będzie w korytarzach aromat czekolady ze względu na sąsiedztwo z fabryką Wedla..

W 2008 roku Przetwory zagościł w budynku na przeciwko BUWu, dawnym sklepie z wykładzinami, a 2009 rok przyniósł nową miejscówkę, która ma szansę być gospodarzem wszelkich tego typu eventów na dłużej. Pomysł i przetwórstwo zachowało swoją formę, stając się obowiązkowym celem podróży w grudniowy weekend. Nowa super miejscówka to stara drukarnia kartograficzna, 1500 m do wynajęcia, w stanie pomieścić sporo osób jak sama nazwa wskazuje- acz na Przetworach trzeba się było przepychać na odcinkach specjalnych:) Moim skromnym łupem padły dwie pary kolczyków i strażnik książek, ale za rok mam zamiar iść ze znacznie większym funduszem!

 

poniedziałek, 30 listopada 2009
Dlaczego nie jestem na diecie?

Bo bardzo ciężko utrzymać dietę a ja nie lubię się męczyć.

Bo sam fakt, że czegoś nie mogę powoduje, że muszę to mieć.

Bo kiedy jestem na diecie to obsesyjnie myślę o żarciu.

Bo słowo "dieta" wywołuje u mnie odruch pójścia do sklepu po coś słodkiego.

Bo nawet jak daje efekty, to samozadowolenie powoduje powrót kilogramów.

 

Do prawd tych objawionych doszłam krętą drogą.

A jedyna metoda, żeby trwale schudnąć, to po prostu patrzeć co się je. Jesteś tym, co jesz. Jak sobie to uświadomisz, to kiść winogron staje się znacznie bardziej kusząca niż kawałek ociekającego tłuszczem ciasta.

 

piątek, 27 listopada 2009
Bye bye Mercilon hello Lady Comp

Lady Comp to moje brand new znalezisko w dziedzinie antykoncepcji. Styrana jak stara flądra ciągłym zażywaniem uroczych pigułek, bardzo bardzo chciałam je już wyrzucić do kosza i nigdy nie wziąść do ręki. Nie dość, że ciągle jakiejś mi się zapomniało, to jeszcze efekty uboczne zaatakowały mnie z niespotykaną dotąd siłą. Cellulit na moim zgrabnym tyłeczku stał się doprawdy frustrująco natrętnym zjawiskiem, temperament został stemperowany, a comiesięczne ataki histerii rozgościły się w chudosukowym kalendarzu. To moje, prywatne, zauważalne aż za zbytnio efekty uboczne. O reszcie możecie sobie poczytać w sieci. No. A taka mała tableteczka.

Lady Comp to taki bajerancki, mały komputerek do określania dni płodnych. Całkowicie naturalna metoda antykoncepcji a jego skuteczność wynosi 99.3%- mniej więcej tyle co przy tabletkach. W żaden sposób nie ingeruje w nasz organizm. To połączenie technologii ze znajomością naturalnych funkcji ciała, dzięki czemu używając go same stajemy się bardziej świadome swojej fizjologii. Wiadomo wreszcie o co chodzi w ogóle. Bez kitu, ale kiedy brałam tabletki samo pojęcie dni płodnych i niepłodnych było dla mnie bardzo mgliste i raczej kojarzyło mi się z mamą i ogólnie jakimiś kobietami, które liczą na kalendarzyk małżeński, z którego jak wiadomo, większość z nas się wykluło. Tutaj skuteczność jest gruntownie zbadana i gwarantowana.

Rzecz się rozchodzi o mierzenie temperatury ciała poprzez ten ee turkusowy (?) termometr  na kabelku podłączony do tego kółka. Lady Comp uczy się naszego cyklu i następnie określa płodność przy użyciu lampek- masz zielone, żółte i czerwone światło. Które co znaczy- wiadomo. Brzmi prosto, i tak właśnie działa. Zero zamoty. Wiecie, że kobieta jest płodna tylko ok. 6 dni w miesiącu? Bo ja nie wiedziałam, a pigułami musiałam się faszerować codziennie. Pomiary można pominąć i nic strasznego się nie dzieje, chociaż lepiej tego nie robić na początku, kiedy urządzenie się uczy- pominięcie pomiaru może wydłużyć czas nauki. A wiecie w ogóle, że jak się bierze hormony to nie ma owulacji, czyli się nie robi jajeczko, czyli generalnie to nawet można kwestionować ile kobiety jest wtedy w kobiecie.

Sama firma, która dystrybuje Lady Comp jest bardzo rzetelna. Można się zwrócić do nich z pytaniami i liczyć na szybką pomoc. Urządzenie nie jest tanie- kosztuje 1890 zł, ale można rozłożyć płatność na raty. Moim skromniutkim zdaniem się opłaca, nawet jak teraz trochę płacisz to nie jest to wygórowana cena za zdrowie i wyśmienite samopoczucie.

W internecie działa też bardzo prężnie forum Lady Comp, gdzie można się zgłosić w razie wszelkich wątpliwości- dziewczyny są świetnie zaznajomione z tematem i pomocne.

tu link do forum:    http://f.kafeteria.pl/temat.php?id_p=3199957&start=0

Lady Comp się sprawdza zawsze. Odnotowano jeden przypadek, że laska zaszła w ciążę przy jego stosowaniu, ale ona była ze Stanów, więc pewnie nie przeczytała instrukcji. Przy odrobinie dobrej woli nic kompletnie nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć go używać i cieszyć się swoją kobiecością.

poniedziałek, 16 listopada 2009
Najlepszy tonik świata.

Jak pisałam we wstępie, moja twarz przebrnęła w życiu przez wiele różnych kosmetyków. Między innymi toników, których zadaniem jest ostateczne oczyszczenie twarzy i przygotowanie cery na krem. Dzieje się to poprzez usunięcie resztek detergentów, które twarz wcześniej umyły oraz usunięcie resztek wapnia zawartych w wodzie. Patrząc na skład toników, nasuwa się jedno zajebiście ważne pytanie: jak to??? Myję twarz jedną chemiczną mieszanką żeby druga chemiczna mieszanka usunęła resztki pierwszej?

Anyłej, nie wpuszczając się w takie bzdury, chodzi głównie o to, żeby tonik miał kwaśny odczyn, który rozpuszcza resztki mydła i wapnia a ponadto wspomaga szybką regenerację warstwy ochronnej skóry.

Najlepiej to zadanie spełniają (nie spadnijcie ze stołków dziewczęta):

świeży sok z marchwi, maślanka, świeżo wyciśnięty sok ogórkowy, sok pomidorowy, sok poziomkowy, sok winogronowy i rozcieńczony sok cytrynowy.

Ale taki naj naj naj (bo o takim tu przecież mówimy), sprawdzony, używany przeze mnie od 2 lat bez przerwy jest TONIK RUMIANKOWY, którego przygotowanie jest oczywiście bajecznie proste:)

1. Zalewamy torebkę rumianku w małym kubku (do 3/4 pojemności)

2. Zostawiamy aż przestygnie. Wyciskamy do środka trochę cytryny. Voila!

Tonik przechowujemy w lodówce oczywiście.

 

 

wtorek, 10 listopada 2009
Kosmetyka naturalna. Wstęp.

Będąc młodszą kobietką miałam straszne problemy z cerą. Przetestowałam chyba wszelkie dostępne na rynku specyfiki, łącznie z tymi najdroższymi z apteki. Kupowałam całe serie i stosowałam regularnie. Najpierw kupowałam linie przeciwtrądzikowe, które masakrycznie wysuszały mi skórę, potem takie do skóry delikatnej, nawilżające. Bywały chwilowe poprawy ale ogólnie problem nie dość, że nie znikał, to jeszcze miałam wrażenie, że moja skóra jest coraz bardziej sucha i cienko przędzie- tak samo zresztą jak mój portfel.

Sprawa doprowadzała mnie do szału, w końcu trafiłam do zaufanej pani dermatolog. Zaufanej, bo kiedyś spotykała się z moim wujkiem:) Powiedziała, że możliwe, że to nadmiar kosmetyków mi szkodzi. Przepisała jakąś maść dermatologiczną, która przyniosła lekką poprawę i kazała ograniczyć stosowanie kosmetyków.

To mnie zaintrygowało. Jak to możliwe, że super nowoczesne kosmetyki szkodzą mojej skórze? Zaczęłam czytać, pytać, szukać. Co się okazało?

Rozwój kosmetyki przemysłowej podąża zupełnie inną drogą niż rozwój kosmetyki naturalnej. W zdumiewający sposób przemysł przypisuje różnym kremom właściwości, które one ani mieć nie mogą ani w ogóle mieć nie powinny. Głównym składnikiem większości kremów jest olej mineralny, który jest pochodną ropy naftowej. Nawet jeśli inne składniki mogłyby mieć dobroczynny wpływ na skórę, to olej mineralny blokuje całkowicie ich wchłanianie. Obecnie zastępuje się olej mineralny innymi, bardziej naturalnymi skłądnikami typu gliceryna. Ponieważ świadomość konsumencka wzrasta, istnieją liczne systemy certyfikatów, firmy są niejako zmuszone do zmieniania receptur. Jednak tak naprawdę, 90% kosmetyków dostępnych na półkach ma skład przyprawiający o zawrót głowy. Oleje mineralne, syntetyczne substancje zapachowe, wyizolowane produkty chemiczne, toksyczne konserwanty to w dalszym ciągu norma. Norma, która nie dotyczy wbrew pozorom tylko najtańszych produktów- nawet te najdroższe są w większości ładnie opakowanym i luksusowym świństwem.

Zdobywanie wiedzy w tym temacie zajęło mi dużo czasu, na internecie wynajdowałam informacje o poszczególnych składnikach, potem w drogerii ślęczałam nad etykietami ze składem, żeby być pewna tego, co kupuję. Moje odkrycia były dla mnie tak rewolucyjne, że chciałam się podzielić nimi z innymi kobietami, napisałam więc do czasopisma, z prośbą o danie mi rubryki dotyczącej kosmetyki naturalnej. Odpowiedzi nie dostałam, natomiast w następnym numerze był artykuł poświęcony kosmetykom "naturalnym", które tyle miały związku z zagadnieniem, że na opakowaniu widniały powiedzmy czereśnie i kosmetyk pachniał gumą rozpuszczalną o smaku czereśni. Temat naturalnych kosmetyków nie był nikomu na rękę- gazetę sponsorują przecież firmy kosmetyczne. Czasy się jednak zmieniają, nadeszła moda na ekologiczne produkty z certyfikowanych upraw, nawet w mojej gazecie pojawiła się rubryczka, w której co miesiąc przedstawiany jest jakiś eko produkt.

Sama już nie pamiętam dokładnie co i jak to jest z każdym składnikiem. Zainteresowani z łatwością znajdą szczegółowe informacje w internecie. Nie ma już potrzeby szczegółowej analizy składu, bo na rynku dostępnych jest wiele firm dbających o to, żeby składniki były naturalne. Obecnie praktycznie każda szanująca się firma ma takie w swojej ofercie. Trzeba jednak zawsze kierować się własnym rozumem, nie kupować w ciemno wszystkiego z etykietką "naturalne". Pomocne są oznaczenia certyfikatów, typu Eco Cert albo Eko Test.O certyfikatach napiszę całą notkę, żeby wyjaśnić co jest uwzględniane i które certyfikaty są wiarygodne.

To tak tytułem wstępu.

 
1 , 2